trzydzieści do minus trzech

 Kutaisi powitało nas słoneczną pogodą, białymi i różowymi kwiatami na gałęziach owocowych drzew, stokrotkami w trawie. głodni, czekając aż notariusz przygotuje niezbędne nam dokumenty, rzucilismy się na czebureki z pobliskiego family foodsa. azymut hotel, randomowy i upss, trafiamy fatalnie, niezbyt czysto, ciasno i z widokiem na śmietnik. postanawiamy zostać bo wiemy, że najfajniejsze historie zaczynają się często od złych wyborów. w rezultacie wieczór spędzamy z gospodarzami przy świetnym winie i pomarańczach z ogródka. jest przyzwoicie. wino na tyle dobre, że pytamy o możliwość zakupu - żeby zasnąć w tym pokoju potrzebuję wina. Beqa otwiera marani w podłodze kuchni i wraca z litrem wina. długo potem, otwierając to wino, czujemy unoszący się zapach dzmari. sprzedali nam stare, zwietrzałe wino, za cenę niemal sklepową. tydzień minął nam błyskawicznie. część atrakcji była jeszcze nieczynna, drogi bez zarzutu. Armenia, sucha i matowa, nie rzuciła nas na kolana. usprawnienia wprowadzone dla podróżnych na lotnisku w Kutaisi odnoszą odwrotny skutek, kolejki i zamieszanie. z upalnego, 30stopniowego Kopytnari lądujemy w zimnej Warszawie, a - 3 zamienia mój oddech w ikoniczny obłok. 


o


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

nie ma tego złego

podsumowań czas