miesiąc plag


 






lipiec w Gruzji był dla nas i naszych gości wyjątkowo łaskawy. ani nie padało, ani nie było zbyt gorąco. było idealnie. każdy z wyjazdów obfitował w niezaplanowane atrakcje, przygody i widoki, zarówno te rzucające na kolana majestatem, jak i takie, które chciałabym odzobaczyć ))

nie dotarliśmy do Vashlovani - plaga żmij w połączeniu z problemami z zasięgiem na terenie parku sprawiły, że żaden kierowca za żadne skarby świata nie podjął się wjazdu tego dnia, który akurat zaniósł nas (planowo) na kraniec Kakheti. nie zobaczyliśmy niedźwiedzi ani Mlecznej Drogi. nie postawiliśmy stopy w zamku pilnowanym przez psy (Davit postawił obie). uratowaliśmy kotka w Sighnaghi (znów – brawo Davit!), zanurzyliśmy się w świętej wodzie Bodbe i pomagaliśmy tamtejszej zakonnicy dokarmiać bezdomne i ranne w wypadkach psy. obejrzeliśmy mecz Gruzji na wielkim telebimie w centrum Kutaisi, odkryliśmy nową jaskinię i prowizorycznie ogrodzony przez lokalsów basen na Rioni – w sam raz na popołudniowe moczenie zadków, z piwem w ręku. przeżyliśmy najbardziej romantyczny, w historii Dzikiego Wschodu, zachód słońca na sarpijskiej plaży. zjedliśmy wypasionego pstrąga w Złotym Pstrągu, u podnóża świątyni, a dziewczyny, w toalecie w Kvareli, spotkały w odpływie umywalki ciekawską rzekotkę drzewną! panowie tymczasem namówili właścicielkę batumskiej knajpki do wspólnego polsko-gruzińskiego biesiadowania, które zakończyło się całkowicie darmową i niemal całonocną degustacją wszystkich możliwych adżarskich piw. zjedliśmy mnisi posiłek u samotnego mnicha na szczycie góry i zrewanżowaliśmy się karmą dla jego psa, bo nic innego tym razem ze sobą nie mieliśmy. pisząc to - ponad dwa miesiące później - czuję dojmującą tęsknotę: cudowne miejsca + fajni, wrażliwi ludzie = piękne wspomnienia.

plagę spadającej z drzew szarańczy w Bodbe wpisuję na listę atrakcji, o których chciałabym zapomnieć )


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

nie ma tego złego

podsumowań czas